„Podniebne wspomnienia” ppłk pilota Ryszarda Łabaja

Written By: Leszek Mańkowski - Kwi• 19•17

       Serdecznie zapraszam do przeczytania wspomnień członka KKSL, ppłk w st. spocz. pilota oblatywacza Ryszarda Łabaja. Ryszard jako rasowy Krakus posługuje się często naszym małopolskim slangiem. Jego wspomnienia są autentyczne, a przez to nadzwyczaj wartościowe historycznie. Wspomina w nich wielu znanych i sławnych lotników, których znał osobiście, czy też osobiście wyszkolił. Niewielu mamy członków (Klubu), którzy z taką swadą opisali swoje lotnicze – i nie tylko – wspomnienia. Ryszard niewątpliwie do takich należy…

 

Byłem w wojsku (lotnictwie) 32 lata, w tym 26 lat latałem na samolotach śmigłowych i odrzutowych (rurach). Byłem instruktorem we wszystkich warunkach, w dzień i w nocy.

Wyszkoliłem wielu pilotów. Jak do tego doszło?

Urodziłem się w pierwszym roku czwartej dziesiątki XX wieku, w Krakowie. Po pierwszej klasie szkoły powszechnej im. św. Floriana, mieszczącej się na      ul. Szlak, byłem z rodzicami na wakacjach w miejscowości Kraśnik Lubelski, gdzie mój dziadek był majstrem na budowie.

Po wcześniej zakończonych wakacjach, już nie poszedłem do szkoły w nowym roku szkolnym, ponieważ nad dachami naszego bloku, bardzo nisko przeleciały samoloty, w stronę lotniska Rakowice, które to lotnisko było dobrze widoczne   z  okien naszego mieszkania. Byłem zachwycony tym widokiem! Jednak dziadek mój, który był na I wojnie, znał się i wyjaśnił: że są to samoloty z krzyżami – czyli niemieckie. Na dowód tego usłyszeliśmy wybuchy i dym nad lotniskiem zwiastował, że to nie próbny nalot, lecz początek II wojny światowej. Wkroczyły wojska niemieckie, rozpoczęła się okupacja. Dziadkowie przestrzegali mnie:    nie wychodź z domu, unikaj Niemców – bo to źli ludzie. Jak poważna może być przestroga dorosłych dla chłopca, który jest ciekaw wyglądu nowego wojska?

Wyszedłem z domu z kolegami pod główną bramę dworca towarowego, która była na końcu mojej ulicy i co widzimy: szlaban,  a na nim oparci niemieccy żołnierze. My po przeciwnej stronie ulicy.

W pewnym momencie, jeden z niemieckich żołnierzy kiwa do mnie ręką,        idę pod strachem, on bierze mnie za rękę i prowadzi do wagonu pulmanowskiego  (dzisiejszy sleeping), sadza na łóżko, zdejmuje moją czapkę włóczkową i ładuje słodycze, daje mi jeść!!! Przestroga dziadków działa – nie jem. On widząc to przełamuje czekoladę i je, dając mnie. Jem, a on wyciąga zdjęcia – jest na nich obok niego kobieta z dziećmi, chłopcem i dziewczynką. Tuli mnie do siebie. W tym czasie nie miałem pojęcia o co mu chodzi – dziś wiem…

Opowiadam o tym zdarzeniu w domu, oburzenie – po co tam polazłeś!!!          Ale ja – po tym zdarzeniu – byłem przekonany, że Niemcy nie są tacy źli. Zawiodłem się; idąc do szkoły ulicą z domu, która była usytuowana blisko ulicy Montelupich (więzienie), po przeciwnej stronie, ulicą Kamienną jechała kolumna samochodów wojskowych w stronę ulicy Montelupich. Nagle zatrzymał się jeden z pojazdów, z którego wyszedł  „SS  szuc  policaj”                    z księżycem na piersiach i automatem na szyii MP (pistolet maszynowy), podniósł rękę krzycząc „halt” (stój). Ja stanąłem osłupiały!!! Ponieważ w moim kierunku jechała śmieciara, ów żołnierz zatrzymał się, trzymając MP w ręku.    Ja pełen strachu – skoczyłem na przejeżdżający samochód. I tak uniknąłem spotkania, z którego nic dobrego nie wynikało.

Całą okupację żyłem pod strachem, że jestem poszukiwany. Minął ten straszliwy okres i przyszło wyzwolenie. W naszym mieszkaniu w 1945r. mieszkało 5-ciu oficerów radzieckich (dowództwo kompanii i czołgów). Wspaniali ludzie, zaopatrywali nas w żywność i wiele artykułów. Po zakończeniu wojny – odwiedzili nas, wręczając podarki. Mnie Mikołaj – bo tak miał na imię dowódca – dał „Nagant” (rewolwer bębenkowy 7-strzałowy).

Po oficjalnym zakończeniu wojny, uczęszczałem do liceum mechanicznego. 1948r. czytając o skutkach wojny, zobaczyłem jak okrutnie zniszczona jest Warszawa. Zaciągnąłem się do S.P. (Służba Polsce) i wyjechałem transportem kolejowym do stolicy. Pamiętam ten widok  z dworca głównego: jedna ruina pod pierwsze piętro. Byłem w IV Brygadzie S.P. (1460 junaków), na forcie „GROTY”-Bemowo. Odbudowywaliśmy Warszawę. Cegły z burzonych domów wożone były prosto na budowany Mariensztat. W szkole należałem do koła modelarskiego Ligi Lotniczej – pod kierownictwem prof. Kitowskiego. Do harcerstwa, już poza szkołą należałem do „Czarnej Trzynastki” im. Zawiszy Czarnego. W szkole było różnie, między innymi uczył nas biologii i historii – były oficer armii gen. Andersa. I na którejś lekcji, bardzo ciekawie opowiadał nam o zwierzętach Afryki: żółwie ogromne – a niektóre żyją ponad 200 lat. Ogromny zachwyt w klasie – a ja wypaliłem: i co z tego, jak po urodzeniu staro wyglądają. Po latach, spotkał mnie ów profesor, mówiąc: zawsze rozweselam Twoim powiedzeniem grono przyjaciół. W trakcie 5 lat nauki, byłem również „statystą” w Teatrze im. Słowackiego, biorąc udział w operach: „Halka”, „Tosca”, „Carmen”, „Straszny Dwór”, Reżyserem wówczas był pan Folański – późniejszy dyrektor Opery Bytomskiej, z którym miałem przyjemność się spotkać.

1949r. jako członek Aeroklubu Krakowskiego – byłem w szkole szybowcowej w Malborku, gdzie moim instruktorem był p. Łatko, a latałem na szybowcach: ASG-38 i Salamandra – zdobywając 2 „mewki” i tytuł plota szybowcowego.
W szkole szybowcowej byli ze mną: m. in. Kurylewicz, Grabowski, Cierniak.

W trakcie trwania roku szkolnego, ukończyłem kurs prawa jazdy kat. III, jeżdżąc na samochodach: ZIS-5, GAZ, DODGE, WILLIS, CANADA, STUDEBAKER, motorach: Harley, Jawa-250. Pod koniec ostatniego roku szkoły, przyjechali do naszej szkoły podchorążowie – lotnicy, uczniowie Szkoły Orląt „DĘBLIN” – agitując do wstąpienia w jej mury, przedstawiając warunki: 2 lata nauki, oficer, matura (bo w naszej było 10 kl. ogólniaka), pilot, mieszkanie, pensja, ubiór,      3-krotne odsłużenie szkoły. Zadeklarowałem się.

Szkołę ukończyłem w 1950 roku z tytułem „technik” – wakacje – 20 września – Komisja Lekarska – OK i Dęblin – szkolenie unitarne – łysa pała – 3 miechy. Początkowo w IV Kompanii, a potem w 1 Kompanii mjr Walochy. Dowódcą batalionu był ppłk Matowiecki. Komendantem szkoły był płk. pil. S. Ścibor. Ministrem Obrony – marszałek Rola-Żymierski. Po szkoleniu unitarnym  „dział nauk”, szkolenie z zakresu wiedzy o lataniu i budowy płatowca oraz silnika.              W marcu 1951r. wyjechaliśmy na lotnisko polowe „Piastów” k. Radomia, gdzie dowódcą eskadry był mjr pil. Plezia, a naszym instruktorem (było nas 7 w grupie) był ppor pil. Jerzy Łuczak, d-cą klucza por. pil. Muszyński Bolesław. Lataliśmy na samolotach śmigłowych typu UT-2 (strzałka i deska). Do lotniska, ze względu na zimną porę roku dowozili nas traktorem typu „land buldog” (ogromny huk) z przyczepą, a spaliśmy w przybudówce hangaru na                     3-piętrowych łóżkach na lotnisku w Radomiu-Sadków. Później w koszarach namiotowych, przy lotnisku (pastwisku, gdzie pasły się krowy, konie, gęsi) – gdy nie było lotów można sobie wyobrazić czyszczenie samolotów.

Po zakończeniu szkolenia podstawowego i selekcji, kto nadaje się do szkolenia na samolotach bojowych – ja wraz z innymi kolegami zostaliśmy przydzieleni do 3-ciej Eskadry mjr pil. Robaka, jego zastępcą był por. pil. Staderski. Naszym instruktorem był por. pil. Łuczak, d-cą klucza por. pil. Krzyszkowski. Lataliśmy na samolotach U-Jak-9, Jak-9, Jak-9p (samoloty myśliwskie bojowe z uzbrojeniem, śmigłowe).

Szkolenie zakończyłem w maju 1952 roku i po promocji do stopnia chorążego (w tym czasie pierwszy stopień oficerski), zostałem przydzielony do 7-mej Dywizji Lotnictwa Myśliwskiego, w której d-cą był płk. pil. Jan Frey Bielecki.      Ja do 2 Pułku – d-ca mjr pil. Olencki, d-ca eskadry por. pil. J. Jedkowski (Hans Jung z Hokewulfa) – pseudonim tajny 😊. Lotnisko Kraków-Rakowice. Rozpocząłem latanie na lotnisku, które w dzieciństwie widziałem jak płonie zbombardowane przez Niemców.

W 1952r. były jeszcze ślady II wojny, 2 hangary w gruzach. Pułk bojowy, w którym nie ma już samolotów śmigłowych Jak-9, tylko odrzutowe Jak-23. Po stawieniu się do pułku otrzymałem miesiąc urlopu, ponieważ w szkole nie było żadnych „Panika Korei”. Ja wraz kolegą w mundurach lotniczych z „gapą” (tak potocznie nazywa się odznakę pilota na piersi – a prawdziwie to sokół z wieńcem w dziobie), pojechaliśmy do Warszawy. Oj, jakże piękne wrażenie, w porównaniu z tym, co widziałem kiedyś. Po powrocie pełna samodzielność,      w hotelu i inne warunki. Wtedy wspomniałem jak to było w Dęblinie – rano pobudka, wstać – gimnastyka, apel szkoły na którym śpiewaliśmy „Kiedy ranne wstają zorze”, a wieczorem „Wszystkie nasze dzienne sprawy”, „Msza polowa”, a w niedzielę zbiórka chętnych do kościoła na Irenie (dzielnica Dęblina) – śpię!

7-ma Dywizja składała się z 3 pułków: 2 plm-Rakowice, 39 i 40 plm – Mierzęcice. To nazwy ściśle tajne, a oficjalne 2 plm to JW 1457a 39 plm to JW 1901. Dowódcą   2 plm był mjr. pil. Olęcki (mjr. pil. Rybacki), 39 plm – mjr. pil. Ulanowski (mjr. pil. Kuczyński), 40 plm – mjr. pil. Czajkowski. Ponieważ zostaliśmy wcieleni do różnych pułków, a było nas  8 pilotów, naukę nowego sprzętu zorganizowano  w 39 pułku.

Lotnisko usytuowane przy wsi Nowa Wieś, stacja kolejowa Mierzęcice na trasie Tarnowskie Góry-Zawiercie (ciuchcia – pociąg parowy). Odległość od lotniska: Tarnowskie Góry – 18 km, Zawiercie – 26 km.

Ciuchcia – jedyny środek lokomocji i łączności ze światem. Jednostka wojskowa – koszary i budynki kadry – przy lotnisku. Koszary – drewniane baraki, sztab – baraki.

Kadra – finki (drewniane budynki 1-piętrowe). Kino „Burza” – barak, który przystosowano do wyświetlania filmów i urządzania imprez (duża sala). Ponieważ zlikwidowano przegrody – barak został tak osłabiony, że przy wietrze 10m/sek.  Żołnierze żerdziami musieli podpierać ściany- stąd nazwa kina.

Kadra – piloci mieszkali w „finkach” w których były łazienki, ale w kranach był brak wody. Pompy wodne, które czerpały wodę ze studni głębinowych, były tak mało wydajne, że przez całą noc starczało wody dla kasyna i stołówki żołnierskiej. Wodę zbieraliśmy do wanien podczas deszczu. Jak by jeszcze było mało atrakcji to: teren jednostki to jeden piach – po prostu pustynia, przy silniejszym wietrze – „burza piaskowa”. W tych warunkach spędziliśmy wiele miesięcy, ucząc się nowego sprzętu. Inżynierem w tym czasie był mjr Puszkin -posługujący się łamaną polszczyzną. Poza szkoleniem i lotami – odwiedziliśmy wiele „ośrodków kultury” – Zawiercie „Restauracja na wodzie”, Sosnowiec – „Savoj-a”, Tarnowskie Góry – „Pod Lipkami”! W 39 plm poznałem R. Obacza, Glinkę, Kuczyńskiego i wielu innych pilotów. Po zakończeniu szkolenia teoretycznego przyjechaliśmy do Krakowa. Tu rozpoczęliśmy loty na: Ujak-17, Jak-23 i samolotach tłokowych, UT-2, Po-2, Jak-18 (na tłokowych w zasłoniętej kabinie, przygotowując się do lotu w chmurach).

Po zakończeniu programu i zdaniu egzaminu lotnego wreszcie wyleciałem samodzielnie na samolocie bojowym Jak-23. Byłem dumny, tym bardziej, że zrobiłem pierwszy krok do latania nie tylko na tym typie, ale na wielu innych. Obok szkolenia lotniczego, w czasie kiedy była pogoda nielotna, były zajęcie teoretyczne z różnych dziedzin, wg planu: 8.00-14.00 – teoria, 14.00-15.00 – obiad, 15.00-17.00 – teoria, 17.00-18.00 – kolacja, 18.00-20.00  – samokształcenie, w tym też język rosyjski.

Mieliśmy bardzo mało czasu dla siebie. Ja mimo to lubiłem dużo czytać (literatura, beletrystyka, historia), chodzić do kina, teatru, lokali: Feniks, Casanova, Cyganeria, klub Oficerski. Było uroczo!!! W Feniksie, gdzie kierownikiem był p. Mikołaj, gdy weszło więcej jak 4-ch pilotów, grał „Hymn lotników” (Lotnik skrzydlaty itp.).  „Nie ten, który nam wciskali”.

Pewnego dnia zebrano nas na sali odpraw i z-ca d/s politycznych wygłasza: „że nienormalnie się prowadzimy”. „Włóczymy się po nocach”. Zapanowała martwa cisza, nikt nie podejmował tematu. Ja – głupi! Jeżeli po zajęciach wyjdzie się na miasto, to można spotkać porządną osobę? Bez komentarza.      W życiu prywatnym wśród pilotów, wiele się działo. Nieoficjalnie: kontynuowaliśmy tradycje 2 pułku. Nie były nam obce ich losy. Bajana, Skalskiego, Króla, Łokuciewskiego, Góry. Nie mówiąc już jak przeżyliśmy śmierć mjr. pil. Śmiechowskiego i komendanta Dęblina płk. pil. S. Ścibora. Miałem wówczas kolegę w szkole dęblińskiej pkt. pil. A. Majewskiego, opowiadał: prawdopodobnie przyjechali oficerowie z MON-u. Obywatelu pułkowniku, jesteśmy dumni ze wzorowego wykonywania obowiązków, za co został obywatel pułkownik awansowany na stopień generała. Po tych słowach wręczyli mu mundur z nowym stopniem. Ale proszę schować do sejfu, do czasu oficjalnej nominacji. Nie upłynęło wiele dni, kiedy zjawili się oficerowie Informacji (kontrwywiadu) ze słowami: Obywatel pułkownik jest zamieszany w „pucz” wojskowy w Warszawie, awansując na stopień generała. Bzdura, potwarz – powiedział oburzony Komendant. Proszę otworzyć sejf: Prawdopodobnie tak było? Mieliśmy „minorowe” myśli, gdy na domiar złego zginął por. pil. S. Żylski, koło Akademii Górniczo-Hutniczej.

Wtedy, mimo, że już w szkole oficerskiej będąc, katastrofę przeżyłem, wróciło wspomnienie: 1950 rok razem ze mną do szkoły lotniczej dostał się mój serdeczny kumpel – Jurek Golik – po promocji. Ja przydzielony zostałem do Krakowa, on nad morze – na lotnisko Świdwin. Ożenił się, był szczęśliwy, żona była w 8 miesiącu ciąży. Ryszard – nie pytam Cie o zgodę, będziesz chrzestnym – będzie syn – będzie Ryszard, a jeżeli córka – to jeszcze ustalimy. 4 marzec 1954r. – zabił się (katastrofa na samolocie Mig-15). O jakże przeżyłem: pogrzeb, chrzest (córki), tym bardziej, że ja ożeniłem się w 1953 roku biorąc ślub cywilny i w sekrecie – kościelny. Trudne to były chwile, jednak kontynuowałem szkolenie lotnicze, podwyższając swoje kwalifikacje i nabywając uprawnienia instruktorskie na różnych typach samolotów. Byłem młody i zdolny – zdobyłem tytuł Przodownika Wyszkolenia Bojowego – poniosła mnie ambicja i w czasie lotów przeleciałem na Jak-18 pod mostem Dębnickim.

Wyszło na jaw, raport i 7 dni aresztu zwykłego, (w tym czasie był areszt zwykły i domowy – dla oficerów) – z zastrzeżeniem: że nie wolno mi o tym powiedzieć nikomu. Złożyłem nawet u oficera informacji takie oświadczenie. Dowódcą garnizonu by płk. pil. J. Frey Bielecki, a komendantem – wróg lotników płk. Czciński, przyjął mnie z radością do aresztu na Montelupich w siedzibie Komendy Miasta.

W pułku odbywałem loty w różnych warunkach pogodowych, w dzień i w nocy, nabywając uprawnienia instruktorskie na samolotach odrzutowych. W krótkim czasie przebazowaliśmy się z Rakowic na lotnisko Balice (1955 rok). Bloki dla kadry naszego pułku wybudowali na Bielanach, z których na lotnisko wozili nas kibitkami (samochody ciężarowe z budą) przez Kraków, bo droga do lotniska przez Kryspinów była w budowie. Kompletna ruina, nic poza pasem startowym, nie było gotowe. Po koszarach chodziliśmy w butach gumowych, po kostki w błocie. O przebazowaniu z lotniska Rakowice na Balice zadecydował                gen. pil. M. Jakubik z dowództwa wojsk Lotniczych.

Dotykając kołami dziewiczego pasa startowego, miałem żywy obraz przed oczami kpt. pil. Medweckiego z 2 plm, który to pierwszy zginął na początku     II wojny.

Balice Pasternik – Aeroklubowe lotnisko – teraz wspólnie z LOT-em Rakowice. Odżyły tamte Rakowickie wspomnienia. Wspomniałem już jak naraziłem się „aparatowi”. Otóż przy którychś lotach, przyjechał dowódca dywizji, oczywiście kierujący składa meldunek. Otrzymałem ja osobiście polecenie zameldowania się do dowódcy. Po zameldowaniu się u dowódcy na murawie lotniska – dowódca wyzywał mnie od najgorszego skur……, a kiedy ja spytałem, czy mogę coś powiedzieć? Nie gadajcie – wolny jesteś!!! Odmaszerować. Zasalutowałem i odszedłem, ale jakże było we mnie ogromne wzburzenie. No w przyrodzie nic nie ginie, a w wojsku nawet słowa. Minęło wiele dni i lotów na które przyjeżdżał dowódca.

Jadąc samochodem na lotnisko, które było dość odległe od garnizonu, zatrzymywał się i zabierał pilotów po drodze. Ja po tak nieprzyjemnej rozmowie unikałem spotkania; dołapał mnie któregoś razu. Po zbiórce na lotnisku osobno, tak jak poprzednio, objął mnie ramieniem mówiąc: parę dni temu mieliśmy kolego taką nieprzyjemną rozmowę.!!! Ponieważ mam ogromną ilość ludzi pod sobą – nie mogę wniknąć przekazanych mi informacji. Więc – uwierzyłem w słowa mojego zastępcy d/s politycznych. Ale obserwując kolegę – przekonałem się – że jest to niepodobne do kolegi – więc proszę, aby kolega naszą rozmowę (co za rozmowa?) uważał za niebyłą. Cóż miałem dodać, poza uściskiem dłoni      i szacunkiem dla przełożonego.

W 1955 roku urodził mi się syn Ryszard. Och Rakowice – było wiele kawałów       i zdarzeń. Krótko wspomnę: po przyjściu do pułku, starsi koledzy mówią: dobrze trafiłeś, bo tu można popić i poruchać. Zawstydzenie i rumieniec na twarzy, ale ciekawość jest silniejsza. Wtedy wyprowadzili mnie przed główną bramę garnizonu i pokazali: studnia z pompą – na ul. Pilotów (nie wiem historii tego dowcipu, ale młody musiał się dać nabrać).

Ktoś z oficerów ukradł parowóz z dworca głównego, był na lotnisku, stał na bocznicy. Pobili na dworcu głównym oficera radzieckiego, budowniczego Nowej Huty. Reperkusje: zakaz lotnikom chodzenia do wszystkich lokali w Krakowie.

Za wyjątkiem Klubu Garnizonowego. Od tego momentu nastąpił rozwój „cywilizacji”. Każdy w koszuli, a „kopyto” (pistolet) w kieszeni!!! Ale to jeszcze mało, por. pil. Franciszek Żydło – pobrał pieniądze (pensję) i zamienił na bilon, po czym wynajął TAXI – kabriolet. Siadł na burcie, w białej furażerce, w mundurze (tak jak premier Indii – Nehru) i kazał się wieźć wokół Krakowa (Basztowa, Wawel itd.) wymachując rękami na więź z ludźmi. Po pierwszym przejeździe nic wielkiego, ale za którymś przejeździe już były tłumy ludzi.            A Franek – garściami pieniędzy (moniaków) rzucał w większą grupę ludzi!!!       Tę idyllę przerwał patrol Komendy Miasta. To część naszych swawoli.

Powracając do rzeczywistości. Na Balicach obchodziliśmy pierwszy raz tak uroczyście w Klubie – Święto Wojska Polskiego, które przypadło na rocznicę Bitwy pod Lenino – 1 Dywizji  W.P. im. T. Kościuszki pod dowództwem           gen. Berlinga.

Na Rakowicach zabawa odbywała się na sali gimnastycznej. Wiele wspomnień, zabawa, „normalka”, gdyby nie zgrywa: por. pil. M. Furmanek – niski wzrostem, wskoczył na stół: wita was generał De Gaull! Ubaw po pachy! Poza klubem, który był gotowy, nie było nic skończone. Nowoczesny był tylko pas startowy, bo miał elektryczne oświetlenie, nie tak jak w Rakowicach, gdzie pas startowy i drogi kołowania były oświetlone kagankami (kopciłkami) – bańki z naftą.

Tak odbywały się loty nocne. Znamienitym faktem, który chcę podkreślić jest fakt, że samolot Jak-23 nie był oblatany i przystosowany do lotów nocnych (nie posiadał oświetlenia wewnątrz i zewnątrz). Dowódca dyw. płk. pil. J. Frey Bielecki podjął się tego zadania, aby latać na tym typie w nocy, otrzymując zezwolenie od Dowódcy Wojsk Lotniczych ówczesnego gen. Turkiela. I dokonał tego po raz pierwszy na świecie – wykonał lot w nocy na samolocie odrzutowym Jak-23.

Na tym lotnisku poznałem wielu ludzi, kolegów: E. Chromy, Tana (trzech braci), Korab, Stojowski, Groszewski, Patrol, Chabowski, Śrutek i wielu innych, których wspomina – poza mną – Historia Lotnictwa. Tam na lotnisku Rakowice zostaje historia 2 pułku!!! Bóg, Honor, Ojczyzna. Tu na nowym lotnisku, dalej zdobywałem umiejętności lotnicze pod dowództwem mjr pil. H.         Krzemienieckiego (kolegi z Dęblina).

Pierwszym moim uczniem był chor. pil. H. Kącik. Tu brałem udział w pilotażu    3-ch samolotów Jak-23, gdzie prowadzącym był por. pil. S. Niedźwiecki – prowadzony ja i Furmanek. Kręciliśmy na 30-lecie Aeroklubu, który w zespół      z LOT-em miał siedzibę na byłym naszym lotnisku. Kręciliśmy – nie wiedząc, że w katastrofie lotniczej na szybowcu zginął J. Nowotarski – wspaniały pilot             i kolega.

Na lotnisku Balice, które częściowo było gotowe, bo nawet na murawie lotniska było „bajorko”, w którym gnieździły się bażanty. Mimo to lataliśmy i szkoliliśmy młodych pilotów, sprzęt był nowy, doskonale obsługiwany przez techników         i mechaników. A mimo to zacięła się manetka gazu ppor. pil. Bigajowi (z 12300 do 8500 obr.), z czym nie dał sobie rady przy lądowaniu i poniósł śmierć.

Krótko cieszyłem się Balicami. Otrzymałem rozkaz przeniesienia do Warszawy na lotnisko Bemowo. To 5-ta Dywizja Lotnicza, którą dowodził płk. pil.                 T. Krepski. W skład Dywizji wchodziły: 1 plm, 13 plm, 31plm i eskadra pościgowa. Wszystkie te jednostki stały na Bemowie. Ja przydzielony zostałem do 31 pułku, którym dowodził mjr pil. W. Hermaszewski. Na tyle było mi to bliskie, że koło lotniska byłem w brygadzie S. P. (odbudowa Warszawy).

Z-cą d-cy pułku był kpt. pil. M. Zadara – „Atleta”. Przeprowadziłem się z rodziną z Krakowa do Warszawy po 8 miesiącach oczekiwania na mieszkanie, na Bemowo, koło WAT-u (Akademia Technika). W pułku – latałem już na            Mig-ach 15, 15bi, 17, podnosząc swoje umiejętności bojowe. W Warszawie byłem 2,5 roku. Z ciekawszych zdarzeń, które miały miejsce – polityczne w 1956 roku to miałem zderzenie na ziemi, w czasie lotów nocnych, gdzie przez nieuwagę wpadł na mnie por. pil. E. Mydlarz (2-ty rozbite Mig-17).

Byliśmy wówczas sami na lotnisku Bemowo 1 plm. Im „Warszawa” d-ca mjr pil. Płoszański  (Kaukus) przebazował się do Mińska Mazowieckiego 13 plm. D-ca mjr pil. Walentyn przebazował się do Łęczycy.

W 1957 r. byłem na urlopie wypoczynkowym we Wrocławiu, otrzymałem telegram następującej treści: Natychmiast wracać do jednostki.

Po przyjeździe do jednostki o godz. 22.00 okazał się , że o 4.00 dnia następnego rusza kolumna samochodów z przebazowaniem naszego pułku na lotnisko Łask k. Łodzi.

10-ciu żołnierzy, cały mój dobytek wraz z węglem i drzewem wrzucili na samochód z przyczepą. Rodziny –  za kolumną w autobusie.

Po przyjeździe do Łasku i rozpakunku w nowym mieszkaniu, nowych blokach byłem parę miesięcy, latając- kiedy nadeszła możliwość, że mój raport o przeniesienie do Balic został pozytywnie rozpatrzony.

W tym układzie MAKABRA: spakowałem graty do wagonu i przed wyjazdem poszliśmy z żoną zjeść pozostawiony dla nas obiad w prowizorycznie przygotowanej stołówce wojskowej. Po chwili kelnerka przyszła pytając nas: czy państwo mieli coś cennego w kieszeniach, bo jacyś chłopcy szukali po płaszczach, moja żona  –  pobladła. Otóż ja  –  uchodząc za „kulturalnego” małżonka, dałem jej całą pensję miesięczną, a ona zostawiła ją w kieszeni płaszcza. Pozostała tylko podszewka.

Po  niezwykle trudnym dochodzeniu przez siebie (można by godziny opowiadać)  –  odzyskałem pieniądze ! Koszmar !

Z takim balastem zdarzeń przeprowadziliśmy się do Krakowa, miasta  mego dzieciństwa i młodości.

Tu o dziwo zastałem nowe Balice, kasyno, kluby, boisko i już wszędzie drogi. Dostałem mieszkanie na Bielanach. Byłem szczęśliwy !!!

Aż tu pewne zdarzenia: wchodząc któregoś dnia do kasyna lotnego, kelnerka poinformowała mnie, że kucharce śniłem się w nocy.

A o to treść tego snu: mieszkam koło lotniska  –  dodaje. Patrząc przez okno widzę, jak ląduje samolot w moim ogrodzie. Otwiera się kabina i pan z niej wychodzi. Tam pana widziałam i teraz, a nigdy dawniej.

Zapomniałem już o tym śnie, kiedy w czasie wykonywania lotów szykiem, w składzie klucza (4 samoloty) szkoląc młodych pilotów, jeden z nich wpadł na mnie, uszkadzając sobie i mnie samolot (odrzutowy Mig-15bis). Mogło się skończyć tragicznie, ponieważ była mała wysokość lotu i trudno było by się katapultować. Ale wylądowaliśmy szczęśliwie na lotnisku (spełnił się sen dokładnie).

Jeszcze jeden epizod w moim życiu. Pomyślałem, kontynuując dalsze loty. Otrzymałem szlify kapitana i zdobyłem 1 klasę pilota.

A w życiu prywatnym – kupiłem sobie Jawę-250, jednak najważniejsze było wykonywanie obowiązków, do których jeszcze doszedł samolot TS-8 BIES. konstrukcji  polskiej inż. Sołtyka, a potem jeszcze Jak-11 w dość ekstremalnych warunkach (samolot śmigłowy szkolno – bojowy).

Lecąc w locie kontrolnym, w chmurach w samolocie UMig-15 z instruktorem kpt. pil. S. Niedźwieckim, nagle pogorszyła się pogoda na lotnisku Balice : lądować w Mierzęcicach – otrzymaliśmy takie polecenie. Wylądowaliśmy na wskazanym lotnisku, które wykonywało planowe loty. Po wylądowaniu, otrzymaliśmy polecenie : zostawić „Sparkę” (nasz samolot), wziąć 2 Jaki-11 i przebazować na lotnisko Balice. O zgrozo, mimo, że znałem teoretycznie samolot Jak-11, ale nigdy na nim nie latałem!!!  Staszek miał debiut poza sobą. Idź do kierownika lotów i powiedz, że ja dawno nie latałem i muszę mieć loty kontrolne. Kierował lotami mjr pil. Kuczyński – zgodził się. Po wykonaniu jednego lotu po kręgu, powiedział K. L. dość – zwalniać pas bo będzie lądować grupa samolotów. Zjeżyły mi się włosy. Po rozruchu już każdy na swoim Jak-u kołujemy na pas: startować parą – usłyszeliśmy. Ja startowałem nawet kluczem (4 samoloty) na odrzutowych samolotach, ale nigdy na Jak-11. Pozwolił nam pojedynczo startować.

Po starcie i zbiórce, lecimy parą, obok Pustynia Błędowska, za chwilę lotnisko,    a u mnie „cykor-gigant”. Jak tu wylądować? Przeleciały mi w „pale” wszystkie wypadki, które miały miejsce w lotnictwie, na tym typie. „Bardzo trudny typ”. Ale o dziwo wylądowałem – pięknie. Później (na drugi dzień) zaplanowano mi loty – jako instruktor – by wozić młodzież. To niemożliwe , ale po krótkim przeszkoleniu, zacząłem intensywnie latać. Nawet poniżej warunków minimalnych pogody. Ja i d-ca pułku lataliśmy: 70 m podstawa i 700 m widzialność. Tak tkwiłem w tym lotniczym kieracie, że nie zauważyłem jak urodził mi się drugi syn Roman – w 1958 roku. A mnie wysłano do Modlina na 9-cio miesięczny kurs dowódców, teoria i latanie.

Komendantem szkoły był płk. pil. Witorzeńć, a z-cą mjr pil. Ostrowski. W Modlinie byli również inni piloci, jak mjr pil. T. Góra, Z. Wdowczyk i wielu innych pilotów i oficerów, wykładowców z różnych dziedzin. Po powrocie do Balic – w dalszym ciągu wykonywałem swoje obowiązki. W 1959 roku zbliżało się święto Odrodzenia Polski (22 lipca). Wielkie uroczystości: lotnictwo myśliwskie miało nad Warszawą (koło Pałacu Kultury) przelecieć piątkami. Zgrupowanie było na lotnisku Bemowo. Po paru treningach piątkami – dowódca wojsk lotniczych gen. pil. J. Frey Bielecki zebrał nas na Sali odpraw, przedstawiając graficzny obraz lotu – pod nazwą „Tafla lotnicza” 64 samoloty, cztery 16-tki w kształcie „Rombu”.

Czy to jest możliwe?

Burzliwa dyskusja. Koniec – wprowadzamy w czyn. Trening w „rombikach”, zgrupowanie 16-tek na 4-ch lotniskach. N. Miasto, Mińsk Maz., Modlin, Bemowo. Zbiórka „rombów” w rejonie Warszawy. Prowadzącym tafle będzie płk. pil. M. BONDZIOR. Z-ca mjr pil. R. Grundman. Po pierwszym treningu – makabra – ciasno, rzucanie w strugach gazu, trudne sterownie. No, ale z biegiem treningów, mniej narzekań!!! Rozmiary tafli – bok 200 m, 64 samoloty,     Lim-2, Lim-5 – udział brali piloci z pułków 2 plm, 1 plm, 39 plm, 31 plm. Autorem tafli lotniczej był D-ca wojsk lotniczych.

A ja – jako uczestnik tej tafli, po którymś treningu zaproponowałem d-cy, aby wykonać pamiątkowe tablo lotników biorących udział w locie tafli. Dowódca zatwierdził moją myśl i dziś mamy piękne tablo, wykonane ze zdjęć w szyku tafli. W święto Odrodzenia wykonaliśmy ten lot. Dowódca Wojsk Lotniczych osobiście nam dziękował. Dumny, wykonał wiele z nami zdjęć, co jest cenną       i miłą pamiątką. W prasie krajowej i zagranicznej: euforia. Bo nikt na świecie nie wykonał takiego lotu i w takim składzie.

Po tych uroczystościach nastały tak jak zawsze: codzienne obowiązki, dla mnie – nie całkiem tak – byłem nie etatowym pilotem fabryki samolotów odrzutowych w Mielcu, co wiązało się z tym, że co jakiś czas zgodnie z transakcją handlową – przebazowaliśmy zakupione samoloty (Lim-2, Lim-5)    do NRD, Rumunii, Bułgarii. Ponieważ samoloty z taśmy oblatywałem – byłem równocześnie – nieetatowym oblatywaczem fabryki, mając służbowy paszport. Etatowym oblatywaczem był mjr pil. Korab, a szefem lotników płk. pil. Ostkowski.

Naszym d-cą grupy (8-12 samolotów) był mjr pil. Z. Czajka Jednym z tych przebazowań było lotnisko Plowdiw w Bułgarii. Po lądowaniu D-ca Wojsk Lotniczych Bułgarii zaprosił nas do Sofii, umieszczając w hotelu Słoweńska Biesiada, a potem w ośrodku kondycyjnym pilotów na górze Witosza                   w masywie Rodopy. Ugościł nas przyjęciem wraz z pilotami Bułgarii – było cudownie. Zaproponowaliśmy rewizytę – mieliśmy przecież ośrodek kondycyjny w Tatrach „Gronik” (ze wspaniałym przewodnikiem m. in. J. Krzeptowski – „wujek” dla pilotów) i na Mazurach na jeziorze Trzos – Mrągowo. Nie wnikam w szczegóły bytowania w tych ośrodkach przez 21 dni w roku. Ale dzięki nim poznałem Tatry. A jeziora: obok tak pięknych miejscowości jak Ruciane, Mikołajki, Śniardwy, Mamry, Wigry – pływając żaglówkami i kajakiem.

W wojskach  – zmieniła się organizacja. Dowództwo Wojsk Lotniczych rozdzieliło się na: Dowództwo Wojsk Lotniczych do których należało lotnictwo bombowe, szturmowe, transportowe, szkoły. I Wojska Obrony Powietrznej Kraju. WOPK zorganizowane zostały w korpusy – w skład którego wchodziły pułki lotnicze, dywizja rakietowa, pułki artylerii lufowej, bataliony radiolokacyjne. Korpusy były trzy.     1 KOPK – d-ca gen. pil. T. Krepski – Warszawa, 2 KOPK – d-ca gen. pil. M. Bondziok – Bydgoszcz. 3 KOPK – d-ca gen. artyl. Czubryt – Borkowski. W nowej organizacji 2 plm podlegał pod 1 KOPK.

Oczywiście i ja pod niego podlegałem, ale krótko, ponieważ otrzymałem rozkaz: dowódca eskadry w 39 plm. Bez żadnej dyskusji – musiałem wykonać rozkaz.

W 1961 roku objąłem stanowisko d-cy eskadry w Mierzęcicach. Leśny garnizon  – nieco zmieniony, bo już bloki, klub, woda w kranach, blisko las. Ja z rodziną przyjechałem już „SYRENĄ”, którą kupiłem  Krakowie na raty (o Polsko! 3.500 zarabiałem, a raty w wysokości 2.200zł). Ale stało się – drugi samochód prywatny, obok samochodu d-cy pułku – mjr pil. M. Kapciucha „SKODA-SPARTAK”.

Zmienił się dowódca KOPK – gen. pil. A. Czernow objął dowództwo (dawny pilot 4-tej eskadry Radom. A po nim gen. pil. H. Michałowski.

Trudno w skrócie opisać życie, gdzie byłem 22 lata, w tym 15 lat na stanowisku lotniczym, pełniąc obowiązki d-cy eskadry, czasowo z-cy d-cy pułku, d-cy pułku.

Obok zdobywania własnych umiejętności, już w stopniu majora wykonywałem wyższy pilotaż na małej wysokości indywidualnie i zespołowo w składzie „rombiku” (4 samoloty) – prowadzący mjr pil. S. Szymański. Lewy: mjr pil.         R. Łabaj, prawy: por. pil. A. Winiarski, ogonowcy: por. pil. Madejski. Ogrom pokazów: Defilada Poznań, pokazy Gdańsk, Warszawa, Mińsk Mazowiecki –      1 plm „Warszawa” (taką nazwę nosił 1 plm), pod dowództwem mjr pil. Kaukus, a potem mjr pil. K. Grundmana. W Mińsku kręciliśmy dla dowództwa i podchorążych Francuskiej Szkoły Salon de Provans.

Na uroczystym bankiecie z udziałem gości był również Minister Obrony Narodowej – Marszałek Spychalski. W pułku, pełniąc swoje obowiązki, szkoliłem pilotów na różnych lotniskach: Kamień Śl., Babimost, Wrocław. Wyszkoliłem wielu znanych później pilotów m. in. Kącika, Zonia, Zalewskiego, Półturzyckiego i wielu innych.

Będąc na różnych lotniskach poznałem wielu dowódców i pilotów, m. in. Przyszłego kosmonautę Mirka Hermaszewskiego. W pułku macierzystym kierowałem lotami w składzie pułku i indywidualnie, lotami pilotażowymi.           Z ważniejszych wydarzeń: dowodziłem w powietrzu 12-oma samolotami w  ramach ćwiczeń „Układu Warszawskiego”.

W dniu ćwiczeń pogoda byłą fatalna, ale mimo to zadanie wykonałem, ale wbrew wszystkim zasadom i przepisom.

Po wylądowaniu całej grupy – dowódca mjr pil. Wojciechowski – koniec Twojej kariery, zwolnią Cię!!!

Proszę o zezwolenie na lot do KPOK Wrocław, gdzie był Marszałek Radziecki dowodzący ćwiczeniami. Otrzymałem zezwolenie, wchodzę do Sztabu-Korpusu. Za stołem dowódca korpusu gen. Michałowski i marszałek. Opowiadam przebieg lotu.

Marszałek: charaszo, maładiec – uścisk dłoni.                                                      Epizod drugi, z tych ważniejszych.

Lecę w nocy nad chmurami na wysokości 8000m na trasie Mierzącice, Kępno, Poznań, Mierzącice na samolocie odrzutowym Lim-5.

Kiedy minąłem Poznań w pewnym momencie przestała pracować prądnica. Akumulator może starczyć na 10-15 minut, przy oszczędnym poborze prądu. Powyłączałem zbędne agregaty i lecę na lotnisko Wrocław, które wiedziałem, że jest zapasowe.

Kiedy zbliżając się wyszedłem pod chmury, podstawa 200m (poniżej minimum 300m) lecę ciemno na ziemi, przypuszczalnie winno być lotnisko? Myśl – polecę 10-15 sek. i gdy nie będzie lotniska – katapultuję się. Ponieważ góra Sobótka teraz jest w chmurach, nagle zapaliły się reflektory na lotnisku!!! Trzeci skręt, wypuszczam podwozie – i w tym czasie mało, że podwozie nie wyszło, to wszystko na pokładzie zgasło. Dobiłem awaryjne podwozie i wylądowałem szczęśliwie. Po wylądowaniu okazało się, że ponieważ warunki pogodowe na lotnisku zapasowym Wrocław pogorszyły się i był 200m podstawy chmur i 2km widzialności (a powinny być nie mniejsze jak 300m na 3km). Przestało być lotniskiem zapasowym – wyłączono pas startowy i polecono zwinięcie reflektorów. Ponieważ ja przeleciałem przez lotnisko ci wspaniali żołnierze (obsługa reflektorów – żołnierze służby czynnej) zaświecili reflektory, mimo że nie było takiego polecenia – po prostu być może uratowali mi życie!!!

Nie mówiąc już o samolocie. Przyjechał na lotnisko d-ca pułku 3-go, mjr pil.       J. Tenerowicz, a potem z-ca d-cy KOPK ppłk. pil. J. Figórski, któremu wyjaśniłem cały lot z przyczyn którego cała Polska postawiona była na nogi (oczywiście siły powietrzne). Żołnierzom podziękowałem, zostali wyróżnieni. A ja za ten lot zostałem nagrodzony: Białą Bronią boczną (kordzikiem), z dedykacją na klindze: „za hart i opanowanie w powietrzu” mjr pil. Ryszardowi Łabajowi – Dowódca Wojsk OPK.

Gen. pil. R. Paszkowski osobiście w Warszawie wręczył mi ów kordzik. Latałem 26 lat, pełniąc różne funkcje. Typy jakie zaliczyłem: UT-2, Po-2, TS-8 „Bies”, Jak-11, Jak-18, Jak-9, Jak-9p, Mig-15, Mig-15bis, Ujak-17, Jak-23, Lim-1, Lim-2, Lim-5, Mig-17, UMig-21m.   Szybowce: SG-38, „Salamandra”.

W 1974 roku jeszcze latając otrzymałem awans na stopień podpułkownika. W 1976 roku ze względu na stan zdrowia nie mogłem już latać na samolotach naddźwiękowych, wielomiejscowych.

Przeszedłem do służby naziemnej, między innymi stanowiska:  „odpowiedzialny” na PPSD-KOPK (pomocnicze, połączone, stanowisko dowodzenia korpusu). Pyskowice. Warunki na SD (stanowisko dowodzenia),       3 piętro pod ziemią, klimatyzacja (niedoskonała), zaduch, sztuczne oświetlenie, półmrok ze względu na monitory i plansze radiolokacyjne. Kierownictwo moje nad zespołami ludzi artylerii rakietowej, lufowej, radiolokacji i lotniczej (w czasie normalnych dyżurów 24h).

Dowódcą stanowiska był płk. pil. K. Wojciechowski, szefem „węzła” mjr B. Kondratowicz. Później cała zawartość SD z Pyskowic-Toszek przeniosła się do Radzionkowa, z tą tylko różnicą, że w części nadziemnej SD stał radiolokator, który wypromieniowywał w czasie pracy 6 megawatów, anteną o 360°.

Stan wojenny zastał mnie na SD, lecz żadnej funkcji we władzach cywilnych      mi nie przydzielono! Nie podkreślam tego z ubolewaniem, lecz byłem „niepewny”.

I 20 marca 1982 roku  – jeszcze w stanie wojennym po 32 latach z wojska z Krzyżem Kawalerskim – zwolniono do rezerwy.

Refleksje: różne, wiele wspomnień.

Poza tymi, które w skrócie przytoczyłem – opisałem, wspomnę też te mniej sławne, o których dopiero teraz można mówić, mianowicie ucieczki z Ojczyzny. Mimo wszystko: zdrada!

Por. pil. Pytko – Jak9, Berlin, por. pil. Jarecki – Bornholm, por. pil. Jaźwiński – Bornholm, płk. pil. R. Obacz – Berlin na TS-8, poprzedni na MIG-ach. I ten mój uczeń z Łasku – ppor. pil. Korzuchowski – Mig-15bis – Bornholm, który po wylądowaniu przysłał mi kartę z pozdrowieniami. Tych wszystkich wymienionych znałem osobiście.

Być może oni dziś uchodzą za bohaterów, ale wówczas?

Na jakie katorgi skazywali rodziny i kolegów?

Czas zadumań i wspomnień – staną naprzeciw realiom życia, w garnizonie leśnym – blisko tylko las i grzyby, a pracy, zajęć – brak.

Wcześniej, będąc jeszcze w wojsku, starałem się dostać na studia na U.J. w Krakowie. Rozmawiałem z rektorem U.J. prof. Klimaszewskim – przyjął mnie z radością i możliwością podjęcia studiów.

Ale wojsko nie zezwoliło. Teraz tylko przeprowadzka: Kraków, osiedle Kurdwanów, mieszkanie spółdzielcze, które już wcześniej sobie „zaklepałem”. Przeprowadziłem się z całym dobytkiem w grudniu 1983r. Z samochodem też (FIAT 125p – 11-letni). „Młodzieniaszek” – że tak powiem! Mieszkanie O.K., ale teren wokół bloku – księżycowy, brak chodników, sklepów, nawet koło bloku zasiano wiosną zboże, no ale stało się.

Pracy w nowym mieszkaniu „huk”, ale potrzebne zajęcie, bardziej twórcze – po tak intensywnym.

Zatrudniłem się w Zakładzie Kosmetycznym „Miraculum” – w dziale wojskowym. Potem firma fonograficzna „PHONEX”,  Spółki: Skóra-Adamski         i Pracownie Konserwacji Zabytków.

Poza pracą – wstąpiłem do ZBŻZ – organizacji rezerwistów wojskowych na Balicach, pod kuratelą 13 pułku transportowego. Tam poznałem prof. Dziadkowiaka – transplantologa serca ze szpitala Jana Pawła II.

Wstąpiłem również do Stowarzyszenia Seniorów Lotnictwa Wojskowego, w którym prezesem był prof. płk. pil. P. Tyrała.                                       Stowarzyszenie „Dzieci Wojny”.

Rezygnując ze Stowarzyszenia Lotniczego, wstąpiłem do KKSL (Krakowski Klub Seniorów Lotnictwa) w 1986 roku, gdzie prezesem był mjr pil. M. Suliga – ów Klub zrzeszał lotników wojskowych z kraju i zagranicy, m. in. RAF-u, „Cichociemnych” i tych z Aeroklubów, bez których nie byłoby Bitwy o Anglię i Lotnictwa Polskiego!!!

Obecnie jestem w tym Klubie, gdzie prezesem jest ppłk. pil. Zbigniew Sobeńko. Pod takim kierownictwem wraz z sekretarzem Klubu p. Marią Pląder – przyjemnie przebywać.

Staram się uczestniczyć w życiu Klubu, Który jest nie tylko kontynuacją historii i tradycji, ale upamiętnienia czynów lotników polskich.

 

 

Kraków 2011 rok

ppłk. pil. obl. Ryszard ŁABAJ

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„PRZYSMAKI       ŻYCIA”

 

Przyszedłem na świat u „Łazarza” (nie to nie to – to święty zresztą, ale to szpital w Krakowie). Trochę też mówią, że jestem „Gzymsik”. A ja sam nie wiem, choć komórki miałem już wtedy, ale nie tak zagospodarowane , jak dziś!

Czy Gzymsik był u Łazarza, czy Łazarz był na Krowodrzy – ale coś z tego zostało. Po odcięciu pępowiny, rozpocząłem samodzielne życie. No ale cera – podobny do Cygana (nie, nie do tego, co takie piękne melodie układa), tylko takiego prawdziwego (choć Maryla śpiewa, że prawdziwych Cyganów już nie ma).

A może coś z Bony; bo moja pra, pra, prababcia coś z Rzymu – miała?          Może: drzewo genealogiczne było bardzo wyschnięte i dlatego nie mogłem się wdrapać na jego gałęzie ?

Ale jestem też bliski Małyszowi – bo część Wisły – to Łabajów (dzielnica Wisły-miasta). Tak oto dziecinniałem coraz poważniej.

I nie wiem, pojęcia nie mam, skąd znalazłem się na ulicy L. Rydla, tak blisko miejsca, gdzie odbywało się jego wesele.

Mało, zachował się w mojej pamięci obraz zewnętrzny wokół domu, w którym mieszkaliśmy. Z tamtych lat utkwił mi w pamięci strumyk (rzeczka), która płynęła za domem: „Młynówka” – taka była jej nazwa. Dziś byłem tam  – budynek jest, ale ani nazwy ulicy ani tej rzeczki – nie ma!!!

Powracając do budynku: schodziłem z piętra schodami (półpiętro schodów przegradzała ściana), dochodząc do styku dolnej części schodów – nagle – biegnąc zatrzymał się przede mną Cygan – oryginalny z patelnią w ręku, kręcone czarne włosy. Momentalnie – biegnąc przerażony po schodach               z powrotem do domu, wpadłem do kuchni (bo ze schodów wchodziło się do kuchni).

Jakże spotęgował mój strach fakt, że ów Cygan otworzył drzwi od kuchni, ukazując się w nich do połowy. Trudno mi dziś powiedzieć, ale z całą pewnością coś musiałem przeskrobać, za co zostałem postraszony, że: „weźmie mnie Cygan”.

Wtuliłem się w ramiona babci, która siedziała na zydlu (mała ławeczka)                i obierała ziemniaki. Zemdlałem, w pamięci mam wózek, lekarze. I tak w niedługim czasie – jestem w szpitalu, z zza drzwi odgłosy dzieci. A ja będąc w osobnej sali, leżąc (jak później pamiętam) lekarz powiedział: nie wolno wstawać, ani nawet siedzieć na łóżku – tylko leżeć). Miałem przed oczami łóżko na którym leżała dziewczynka – Danusia z Nowego Sącza (w moim wieku), z którą chichraliśmy się (śmialiśmy). W tym czasie nie miałem pojęcia, ile miałem wtedy lat. Dziś wiem, bo mam gdzieś zdjęcie zrobione na łóżku, przy którym nad głową, na tabliczce pisze: moje nazwisko i 5 lat.

Leżąc tak, nie unosząc nawet głowy – gruchaliśmy sobie z Danusią. Aż pewnego razu, kiedy lekarz (chyba na wizytę), zastał nas chichrających się. Nakazał zastawić mnie parawanem dookoła łóżka – nie wolno rozmawiać ? Tak przeleżałem 9 miesięcy. W trakcie tego leżenia, za moim łóżkiem było okno, od którego dolatywał odgłos stukotu damskich bucików idących po schodkach, prowadzących do szpitala (ja ich nie widziałem, ani nie miałem pojęcia, gdzie ów szpital się znajduje). Och , jakże z utęsknieniem wsłuchiwałem się w ten stukot, że to do mnie!

Nie wiem, czy to był taki zakaz lekarza, czy ja mało pamiętam – w każdym razie mało było tych odwiedzin i w ogóle nie przypominam sobie – bym czymkolwiek był obdarowany. Pamiętam, że ze szpitala odbierała mnie – moja chrzestna matka, ciocia Stacha.

Zalecenie – nie wolno biegać, przemęczać się, jeździć na rowerku, denerwować się, unikać przeżyć!!!

Z pamięci tych dziecinnych lat – wiele uleciało. Ale szczątkowo pamiętam, że byłem w sanatorium w Rabce, piłem solanki (och, jakie paskudne) za całą salę – bo tak stało się w kolejce, gęsiego i niektórzy nie chcieli tego pić! Ja byłem bardzo zdyscyplinowany – już wtedy i zawsze miałem w pamięci zalecenia lekarza.                                                                                                                           Dziś wyjaśniłem sobie, co zaistniało.                                                                              Z przelęknięcia, nastąpiło odchylenie komór serca – tak lakonicznie o chorobie.   A gdzie byłem, w jakim szpitalu? Przypominając sobie ten stukot damskich bucików, musiały być przed wejściem do szpitala schody – było ich niewiele. Chodziłem wszędzie, gdzie były szpitale i nic, aż wreszcie ujrzałem schody           i okno przez które „wlatywał” ten upragniony stukot. Ulica Strzelecka – szpital dziecięcy. To była ciekawość, którą częściowo sobie wyjaśniłem.

Ale powracając do dziecinnego wątku; wiadomo, że w tej sytuacji, tak piękne chwile w dzieciństwie, gdzieś umknęły bezpowrotnie.

Ja mimo tych wszystkich rygorów i zaleceń, choć nie wróciło normalne dzieciństwo, ponieważ byłem w większości dni pod opieką dziadków, którzy nie nadążali za młodością, wyrywałem się w pod ich kontroli i : w harcerstwie – pokonywałem często duże odległości, m. in. z Krakowa do Ojcowa, nie wspominając tych, które już wcześniej opisywałem, ale będąc w klubach sportowych „Juwenia”, „Bronowianka”, grałem w piłkę nożną, trenowałem boks w Klubie „Podwale” – zapominając o tych zakazach!

A w latach szkolnych – platoniczne miłości z rejony ulic przyległych, że tak wspomnę Marysię K., Halinę U. Co dziś wspominam, że było piękne, choć przyniosło wiele rozczarowań (to oczywiście miało miejsce w innej części miasta).

Wspomnieć tu też należy warunki, jaki wówczas były w mieszkaniu:                      2 pokoje z kuchnią, w których mieszkało 13 osób, bez światła elektrycznego     (w 1948 roku założono instalację elektryczną).

Oświetlenie mieszkania było lampą naftową, a później rewelacja: karbidówki. Brak łazienki, toaleta – była na balkonie – wspólna dla całego piętra – drewniana, z dziurą w desce, bez bieżącej wody i ogrzewania, zresztą ogrzewania w mieszkaniu też nie było, tylko węglowe. Jako ciekawostkę należy dodać, że podłogi w mieszkaniu były z desek, które co jakiś czas trzeba było szorować (szczotką i wodą z sodą i szarym mydłem). Ja często to robiłem.

A na jednej z futryn wisiał: „harap” (trzonek drewniany, do którego przymocowane były skórzane rzemyki), dostawałem nieraz nim – za niesforne zachowanie. Ale to nie koniec atrakcji – już nie tych wewnętrznych, ale z zewnątrz.

Na końcu naszej ulicy – blisko murów dworca towarowego – była murawa trawiasta – obsadzona dookoła drzewami z głogu. Na tej murawie często stał tabor cygański (piękne wozy kolorowe z końmi).

Ja załapałem się i przyłączyłem do rodziny cygańskiej. Przyjęli mnie!!! (nie zdradzę jak zdobyłem spanie dla siebie i jak łowiłem gęsi). W pierwszym dniu mojego pobytu w taborze – pojechaliśmy na Olszę (dzielnica Krakowa), byłem w sumie przez 2 tygodnie, kiedy babcia jako Scherlock Cholms – odnalazła mnie i przerwała tę miłą sielankę.

Więc już dziś wyjaśniła się sytuacja – że ja zaangażowałem się do szkoły lotniczej. Ale szczerze mówiąc – zawsze podobała mi się marynarka – do której się starałem o przyjęcie – ale nie wypaliło!

W szkołach przez wszystkie lata nie było większych problemów. Ja lubiłem czytać – obok obowiązkowej literatury, publikacje historyczne, współczesne, starożytne, kryminały: A. Christie, A. Marczyńskiego i wiele innych erotycznych.

Poza tym opisywałem mój udział w teatrze, ale często chodziłem do kina na różnego rodzaju filmy: wojenne, szczególnie amerykańskie, takie jak: „Mściwy jastrząb”, „Konwój”, ale też miłosne i przygodowe oraz wiele innych, których nie sposób tu wymienić.                                                                                           Nasuwa się pytanie, skąd brałem na to pieniądze?                                              Otóż tak się złożyło, że wujek mój – mąż chrzestnej matki, był operatorem w kinie „Sztuka” (wyświetlał filmy, miał karnet wolnego wstępu do wszystkich kin w Krakowie, ale wiadomo nie chodził do kina, bo i kiedy miał chodzić – więc ja korzystałem.

Wspomniałem już przedtem o platonicznych miłościach – tych niewinnych.     Ale dziewczyn masę, człowiek dorośleje i potrzebne jest mu coś bliskiego sercu. Mniej pamiętałem o swoim?

Biorąc udział w różnych spotkaniach, wycieczkach m. in. Oświęcim, Majdanek, ale i do innych atrakcyjnych miejscowości, do muzeów, zabytków kultury – zapoznałem piękną i miłą dziewczynę – Wandzię S. – zakochałem się z wzajemnością. Była nie tylko ładna i miła, ale niesamowicie namiętna – do tego stopnia, że przy pocałunku – mdlała. Nie wykorzystałem tej okazji – byłem również zbyt młody – choć nie mdlałem. Zapewne rodzice znali słabości Wandzi. Rodzice byli zacni i bywałem u nich. Tato był profesorem, mama księgową.

Któregoś razu – oboje rodzice – bez obecności Wandzi – przeprowadzili poważną rozmowę: wiemy, że się kochacie, ale jako mężczyznę prosimy, ażeby się wstrzymać od zbliżeń cielesnych, bo chcemy aby córka zdała maturę i poszła na wyższą uczelnię – a gdy dojdzie do seksu, to nici z nauki. Z przykrością, ale dałem słowo, że do niczego nie dojdzie. Była piękna sielanka, spacery, zabawy, pocałunki – no w życiu różnie się zdarza?                                                      Zapomniałem całkowicie, że zaakceptowałem szkołę lotniczą.                           Wiosną się zapisałem do woja i wiosną zapoznałem Wandzię. Miałem taką cichą nadzieję, że zdążę się ożenić. Bo to było prawie równocześnie: angaż i miłość.

Kiedy przyszło powołanie do Dęblina – rodzice z zadowoleniem przyjęli tę wiadomość. Ja byłem wściekły: uspokoiłem się, kiedy w obecności córki przyrzekli i wraz z nią, że będzie czekać na moje ukończenie szkoły. Sama ucząc się w szkole średniej – koedukacyjnej (do jednej klasy dziewczyny i chłopaki – razem) !!!

Kisielewski napisał książkę p. t. „Z Torunia do Londynu – podróż z przeszkodami”. A ja powinienem napisać książkę: Z Krakowa do Dęblina – podróż z przeszkodami. I wcale nie byłaby moja, tak wesoła jak jego! Ale stało się.

Jestem w koszarach w Dęblinie, w kompanii kpt. Orłowskiego – w Sali 12 żołnierzy, takich żółtodziobów jak ja. W ciągu dnia zajęcia, musztra – trudne ćwiczenia ruchowe, a wieczorem „capstrzyk o 22.00, pobudka 5.00. Spanie       w pościeli – kocyk, siennik wypełniony słomą (każdy musiał raz w miesiącu go napełnić).

W pierwszych nocach, kiedy jeszcze nas oszczędzali, miałem sny, które opowiadałem kolegom, nie zdradzałem, że w nich często była Wandzia.          Ale jeden z nich opowiem: leżę tu na łóżku, śpiąc – dygocę z zimna, więc wstaję i idę do kotłowni (w piwnicy koszar była kotłownia). Ciepełko aż miło, ale patrzę, a na jednym z tych kotłów leży super dziewczyna, w stroju „bikini”            i tulę się do mnie? I obudziłem się, mając w rękach poduszkę. Było dużo śmiechu, ale na tym nie koniec, i co dalej, pytają – nie pomogły moje odpowiedzi , że koniec snu. Musiałem, zmyślając, opowiedzieć końcówkę!!! Wiele jeszcze razy musiałem zmyślać sny – bo po intensywnych ćwiczeniach – padaliśmy jak kłoda.

Poza tym były obowiązki: czyszczenie broni (nie mycie – a szkoda), ścielenie łóżek – co było bardzo trudne, zwłaszcza ze świeżą słomą pościelić łóżko, by było równe jak stół! Więc po zajęciach – często był „lotnik” (zburzone łóżko, które trzeba było ścielić od nowa).

Dalej mieliśmy buty, które miały na obcasach „podkówki”, a w zelówkach         48 ćwieków, co rano na apelu w koszarach była komenda: lewa noga w górę, potem prawa i z tyłu – kapral (dowódca drużyny) sprawdzał: jeżeli były braki, trzeba było uzupełnić (na końcu korytarza była skrzynia z ćwiekami, kopyto i młotek). Nabić trzeba było samemu, a wylatywały często! Na jednym z takich apeli, usłyszałem zdziwiony: szeregowy podchorąży Łabaj wystąp! (staliśmy w dwuszeregu), zameldować się do dowódcy plutonu. Tak jest – odpowiedziałem.

Dowódcą plutonu był ppor. Kunicki – świeżo upieczony zając (no – to taki żargon – nowo promowany oficer, w zielonym mundurze, po szkole piechoty).  Z lotnictwa – kompletny „laik”.

Po zameldowaniu się – spocznij (ale nie usiąść – tylko zluźnić jedną nogę – stać swobodnie). Gdzie Łabaj był wczoraj w nocy? Spałem w sali na łóżku – odpowiadam. Mówicie prawdę. Powtórzyłem. (domyśliłem się, że donosiciele, to nie tylko ci co roznoszą mleko pod drzwi – ale i tu na sali są bez mleka). Och to był tylko sen. Nie gadajcie głupot – jeżeli wam zimno, trzeba powiedzieć i dostaniecie dodatkowy koc – nie chodźcie po kotłowniach!

Za to, że nie powiedzieliście prawdy – karzę was: 7-mio krotnym sprzątaniem poza kolejnością – odmaszerować!!!

Makabra – sprzątaliśmy toaletę, ale zaliczyć: 7 sprzątań – bardzo trudno, ponieważ każdy miał ćwieki w butach, a w toalecie były kafelki, kiedy ja wysprzątałem i poszedłem zameldować – w tym czasie ktoś wszedł i zrysował posadzkę (nie złośliwie – po prostu za swoją potrzebą).

 

 

 

 

Upływały dni coraz trudniejsze, ale dla mnie były znośne, wysyłałem do Wandzi  listy i od niej otrzymywałem bardzo miłe. Aż pewnego dnia, po upływie wielu miesięcy od naszego rozstania, otrzymałem zaproszenie na ślub – Wandzi !!! Zamurowało  mnie, nie jestem w stanie teraz tego opisać, co ze mną się działo – „szok”, „katastrofa”. Walnę chyba „samobója”! Ale Jurek wyperswadował mi i skończyło się na tym, że walnęliśmy po kilka głębszych w „Piekiełku” (kawiarnia w sztabie szkoły). Trudne to były dla mnie dni.                                                         Aż do promocji, po której mając pistolet w kieszeni – jadę do Wandzi !  Wchodzę – witają mnie rodzice Wandzi , bardzo nam przykro – cytuję : była studniówka , miała dużo cichych wielbicieli , którzy wiedzieli , że nie mają szans, ale kiedy  były tańce , wino – ten obcy mąż pocałował Wandzię. No i oczywiście wykorzystał omdlenie !!!                                                                                                 A ponieważ jesteśmy wierzący i nie ma możliwości dokonania „skrobanki” (do tak wówczas określało się „aborcję”), zresztą nie byłoby „fer” w stosunku do ciebie. Powiedzieliśmy co sobie wybrałaś , to masz ! Zaskoczony byłem tą prawdziwą i jakże okrutną prawdą.                                                                          Gdzie ona ? Jest w pokoju,  zastałem ją siedzącą na łóżku – we łzach – z widoczną ciążą .  Zasmucony , zatrwożony – żegnaj – wypowiadając –wyszedłem !! Ale nie taki był mój zamiar !!!                                                              Przychodząc – miałem zastrzelić ją i siebie . Ale gdy poznałem „prawdę” – zrezygnowałem – przebaczyłem, co jednak nie wpłynęło dodatnio na moje samopoczucie. Zawiedziony , nie miałem pojęcia, co począć ze swoim życiem ? Przyszło jak dziś. „Lipcowe święto” –   oficjalne wojskowe uroczystości, potem bankiet i zabawa.  Na zabawie mnóstwo ludzi i kobiet, m.in. mojego kolegi siostra przyprowadziła swoją koleżankę z pracy.

 

 

 

 

 

 

Zostałem jej przedstawiony i od tej chwili zrobiło się milej , nie tylko ze względu na humor po alkoholu , ale okazała się miła Marysia. Przedstawiłem ją swojej rodzinie (tę – bo tamtej nie zdążyłem). I babcia moja , która była nad wyraz ukochaną osobą , powiedziała: sympatycznie wygląda, ale to nie dla ciebie kobieta.                                                                                                                               Trudno  to wytłumaczyć, czym się kierowała, ale później potwierdziły się jej słowa. No, ale w tym czasie, kiedy ja zawiedziony w miłości – planowałem mieć rodzinę , byłem tak pogrążony tym zdarzeniem, że za wszelką cenę chciałem, by zmieniło się coś w moim życiu.                                                                                            I nawet wtedy, gdy przyszedłem do jej rodziców widząc: chałupa strzechą kryta (w Dąbiu – Kraków) , woda w studni : wiadro , korba , brak łazienki , ustęp XIX wiek z desek.                                                                                                                          Nie odstraszył mnie ten widok, gdyż wiedziałem , że mogę stworzyć inny !!! Żeniłem się w październiku, biorąc ślub cywilny i kościelny. Po tym fakcie , którego dokonałem, mieszkałem jeszcze z żoną na Dąbiu przez 8 miesięcy, choć ja mało przebywałem w tych ekstremalnych warunkach – często myjąc się kroplami deszczu, lub wodą przy studni .                                                        Przebywałem w hotelu przy jednostce, w  mojej kawalerce.                                   Do chwili, kiedy otrzymałem komfortowe mieszkanie na ulicy Mogilskiej pod nr 70. Już w zimie następnego roku byłem szczęśliwy , bo będę ojcem !!!                Jednak radość trwała krótko, w piątym miesiącu ciąży miał miejsce skok (nie na „bandżi”) z tramwaju, gdy tramwaj zwolnił w rejonie monopolu tytoniowego w Czyżynach (zwalniał na skrzyżowaniu torowisk), w wyniku tego wyskoku – poszła dziewczynka. Cóż do tego dodać – tragedia moja – nie pierwsza !!!  trudno sobie nawet wyobrazić ! Ale jestem konsekwentny, jest następna ciąża , będzie poród wiosną 1955 roku.                                                                    Badania , opieka wojskowego szpitala. No i miejsce na porodówce.

Teściowa: chcesz być mordercą, tam w szpitalu często dzieci uśmiercają! Będzie rodzić tu w Dąbiu. Na nic moje perswazje o warunkach, higienie, jest pod wspaniałą opieką położnej. Upływały, dni, tygodnie, gdy wreszcie nadszedł czas porodu. Ja prawie całymi dniami byłem na lotnisku, zresztą co będę się kłócił z babami, widząc często, co się dzieje z żoną. W jeden z takich dni, wracam z lotów do Dąbia i co zastaję: ruch niesamowity, akuszerka skacze żonie po brzuchu!!!

Rzuciłem torbę i biegiem lecę z Dąbia na Mogilską, do lekarza rejonowego         p. Żuławskiego – zastaję gosposię, która mówi, że państwo doktorowie poszli do teatru. O Boże, co ja teraz mam począć?

W tym czasie nie było wszędzie telefonów, ażeby wezwać Pogotowie, zresztą w ogóle nie orientowałem się w organizacji służb cywilnych! Zrozpaczony wracam i o dziwo, w drzwiach budynku napotykam doktora z żoną, wrócili, ponieważ nie dostali biletów do teatru.

Szybko przedstawiłem cel mojej obecności oraz powód: pomoc, ratunek. Błyskawicznie skoczył do mieszkania, wziął torbę z narzędziami i biegniemy. Wpadamy; akuszerka trzyma na ręku dziecko – całe sine – szyję ma owiniętą pępowiną. Doktor przecina pępowinę na szyi i bije dzieciątko w pupę, wkładając dziecko raz do zimnej raz do gorącej wody.

Po wielokrotnym takim zabiegu – wreszcie grobową ciszę przerwał krzyk dziecka!!! Mojego pierworodnego – któremu tak niedużo brakowało  by podzielił los siostrzyczki.

Kochane dzieciątko, choć bardzo płaczliwe, którym opiekowali się wszyscy domownicy, ciesząc się maluchem, a mnie cierpła skóra, co będzie, jak będzie nas tylko dwoje z dzieckiem?

Ja muszę spać, by latać, a nie czuwać przy dziecku. Prawdą jest, że wiele dni przebywał u teściowej – ale w jakich warunkach!

Lecz mimo tych zarządzeń losu, rosło dzieciątko i było zdrowe, przy chrzcie otrzymał imię – Rysio.

Kiedy miał 3 lata, był już z nami w Warszawie. Po czym znowu w Krakowie       na Bielanach. Tu na Bielanach, urodził się mój drugi syn – Roman. Co prawda już w szpitalu wojskowym na ul. Wrocławskiej.

Osiedle wojskowe (może nie osiedle, lecz bloki), było zbyt odległe od centrum miasta, nawet środki komunikacji dojeżdżały tylko do Wodociągów. Nie mówiąc już, że daleko do szpitala.

Wobec takiej sytuacji, lekarz jednostki zadecydował, że w razie potrzeby będzie jeździł samochód do szpitala, szczególną opieką medyczną zostały objęte dzieci, które co jakiś czas poddawane były badaniom. Tak właśnie żona pojechała wraz z innymi dziećmi do szpitala na Wrocławską. Co się okazało: otóż jedno z dzieci miało koklusz. Oj, westchnął lekarz – jeżeli jechała pani z tym dzieckiem, to być może zaraziło się kokluszem. I tak się stało.

Roman miał 8 miesięcy, a Rysio 3 lata. Sytuacja niewiarygodnie trudna – w sukurs (z pomocą) przyszła teściowa. Mówi: zabieram go do Dąbia (już miała garsonierę komfortową). Będę wozić go nad Wisłę, to szybko mu przejdzie. Nie byłem tak pewny tych metod, ale nie miałem wyjścia. Przedtem próbowałem złagodzić ten koklusz u dziecka – wożąc go „kukuruźnikiem” (samolot Po-2),    ale niewiele pomogło.

Ale powracając do chorego dziecka, woziła go babcia nad Wisłę, trudno powiedzieć o skutkach złagodzenia choroby, przy której występują silne napady kaszlu.

Pewnego dnia na Bielanach w drzwiach staje teściowa z Romanem na ręku, dziecko nie siedzi, przesuwa się jak tasiemka – o Boże – wzywam lekarza jednostki, który mieszkał obok.

Okazuje się, ze dzieciątko trudno oddycha, a kaszląc robi się sine. Przyszedł lekarz, bada dziecko; obok kokluszu – powiada – jest zapalenie płuc, temperatura u dziecka 42°C.

Pomyślałem: tragedia, i co będzie z dzieckiem? Nie jestem w stanie cos powiedzieć. Potrzebuję konsultacji z drugim lekarzem. Tu w blokach, kolegi żona pani Banach jest młodą lekarką – pediatrą, przychodzi poproszona przeze mnie. Bada dziecko – po chwili narady między sobą (pani doktor i nasz lekarz), mówią: sytuacja jest groźna, proszę przygotować się na najgorsze!!!

Teraz zaaplikujemy zastrzyki i jeżeli do północy spadnie temperatura, choć o jedną kreskę – pozostawimy dziecko w domu, w przeciwnym razie dziecko musi być w szpitalu, pod tlenem, bo się udusi.

Po zaaplikowaniu końskiej dawki zastrzyku – dziecko nie reagowało. Można sobie wyobrazić nas – rodziców. Horror! Pani doktor Banach od tego momentu nie odstępowała nawet na krok do dziecka.                                                 Rozwieszaliśmy mokre prześcieradła – aby ochłodzić powietrze.                                 Pani doktor mierzy temperaturę i jest 41,8°C – cudnie, powiada, ale to niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło, bo to jest maleństwo.

Pani doktor chodziła w dzień do pracy, a noce spędzała obok dziecka. Cudownie jestem jej wdzięczny – dziś nawet złożyłbym jej – dziękczynienie, gdybym wiedział gdzie teraz przebywa.

Ale mimo to ślę cudowne myśli gdziekolwiek ona jest!!! Co spowodowało tak groźne skutki? Otóż woziła babcia wnuczka nad Wisłą w wózeczku. Ale była wczesna wiosna i mimo, że słoneczko grzało – to od ziemi wiało jeszcze chłodem, czego przyczyną było przeziębienie kokluszu.

Konsekwencją tej choroby było, że mając 3 lata – rozumiał wszystko, ale nic nie mówił!!! Poza tym zalecenie lekarza było: lato, zima musi nosić kaftaniki i rzeczywiście, często był kaszelek, temperatura. Kupiłem w tym czasie „Syrenkę” (auto) i do dziś nie wiem, czym się kierowałem, by w lecie pojechać z namiotem nad morze.

Jesteśmy w Sopocie, 100m od brzegu morza, namiot rozłożony, woda zimna w Bałtyku. O dziwo: Roman, co uszło naszej uwadze – kąpie się! Zatrwożyłem się, jakie będą skutki tej kąpieli?

Mimo wszystkich obaw, nic się nie stało, nawet po przyjeździe z nad morza, odeszła skłonność do przeziębień. Zniknęły obawy – a ja nie wypominałem teściom – tych tragicznych chwil.

Tak oto doszło do tego, że teść – dziadek odwiedził nas na Bielanach. Lubił się napić. A ja nigdy nie przepadałem za trunkami – no ale teść: co się napijesz? Coś mocnego? Ja chcący być atrakcyjny, zaproponowałem; tak „z cicha pęk” – jak się to mówi: czy „ po wschodniemu” czy „po zachodniemu”? Tak dużo mówią o tych wspaniałościach zachodnich – to po zachodniemu – zdecydował teść.

Nalałem po kieliszeczku, schowałem butelkę do barku i siedzimy. Minęła dobra chwila, ja mówię: no to na zdrowie, ale jeszcze dobrze ust nie zamoczyłem i już postawiłem kieliszek.

Dalsze chwile mijały na rozmowie, ale bez picia. W pewnym momencie teść mówi: to jest picie po zachodniemu – sam nie miałem pojęcia jak ono wygląda, ale odpowiedziałem twierdząco!!!

To wolę po wschodniemu – powiedział teść. Ja wtedy zlikwidowałem kieliszki, postawiłem szklanki i leję po połowie. No to cyk  – wypiliśmy, zapaliliśmy po całym (papierosie) i znowu nalałem po połowie – to cyk, następną kolejkę realizuję, kiedy teść (nigdy nie wylewał za kołnierz – jak się to potocznie mówi), powiedział do mnie: to ja już będę szedł – cześć.

Po przyjściu do domu – teściowa pyta: no jak było? Znakomicie, tylko pytał, jak pijemy, czy po zachodniemu czy po wschodniemu? Powiedziałem: po zachodniemu – źle, a po wschodniemu – jeszcze gorzej!!!                                                  Jak to łatwo powiedzieć (fragment tekstu z piosenki).

Teraz przytaczając zdarzenia, wręcz tragiczne jak i te żartobliwe – z przed ponad 50 lat, a nawet wcześniejsze – ważne jest, że niektóre miały szczęśliwe zakończenie.                                                                                                                                    A czym byłem szczęśliwy, zadowolony?                                                                                              Jak mówi starożytna maksyma: „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Mogłem mieć więcej; ale czy tylko materialne zdobycze liczą się w życiu? Ja jestem szczęśliwy, bo: mam dwóch synów: Ryszarda i Romana, którzy sami w sobie są wspaniali, nie mówiąc już o tym, że założyli już swoje własne rodziny, dając mi piękną wnuczkę, oraz 3 wspaniałych wnuków, nie ważę się pominąć 3 prawnuków! Sam sobie, nie w pełni byłem szczęśliwy, poświęciłem swoje szczęście dzieciom, tym bardziej, że na własnym przykładzie wiedziałem jakie jest, a jakie powinno być życie.

A co więcej w tych leciach: nie tak dawno żona – nim pożegnała ten ziemski padoł, 10 lat chorując – wymagała całodobowej opieki. Trudne to były lata dla mnie, mimo że pomoc miałem z Opieki Społecznej (nie gratis i doraźnie).

Poza tym – mimo, że Ryszard ma całą swoją rodzinkę na Śląsku, bardzo mi pomagał wraz z moją ukochaną wnuczką Kingusią!

Bardzo wiele różnych zdarzeń jeszcze miało miejsce – ale myślę, że już wiele wypomniałem losowi, który był niezbyt łaskawy dla mnie. Nie chcę być „malkontentem” – bo sam też nie byłem wspaniały.                                                  Zresztą – najgorzej jest mówić o sobie samym!                                                              Jestem na emeryturze, należę do różnych organizacji społecznych – to mnie rozpala, nie mówiąc już o moim udziale w różnych uroczystościach, tych smutnych i tych wesołych.

O spotkaniach w samych organizacjach, muzeach lotnictwa i piknikach lotniczych. Spotkaniach z kolegami z lat szkolnych i tych wojskowych.

Czuję się dobrze, prowadząc aktywny tryb życia; przestrzegając zasadę, że: „Ruch jest darem życia” i mimo wpadek zawodowych, teraz od paru lat u boku mojej przyjaciółki, koleżanki, kumpeli, która wspiera mnie, jest ze mną na dobre i na złe – jestem szczęśliwy (z małym wyjątkiem: brak aprobaty ze strony młodszego syna, któremu zawsze poświęcałem więcej uwagi), co w konkluzji powoduje, że mam wyrzuty sumienia w stosunku do Rysia.

Pomimo to: kocham ich obu i ich rodzinki.

Każdy dzień, każdą chwilę, urlopy, w różnych zakątkach kraju – spędzam w towarzystwie Irenki – bo tak ma na imię moja przyjaciółka i też jest babcią i prababcią – co jest powodem, między innymi do rozprawiania o tych maluchach.

Bardzo rzadko staram się wspominać tamte zarządzania losu.                                                                  A nawet na spotkaniach towarzyskich mówię: „mnie tam na życiu nie zależy” – robiąc krótką pauzę w wypowiedzi. A kiedy ktoś z audytorium stara się wyprowadzić mnie z depresyjnego nastroju, dodaję: mogę żyć 150 lat – nie wnikając w szczegóły, rok w tę, czy w drugą stronę, co zawsze powoduje uśmiech wśród najbliższych i przyjaciół. A to jest najważniejsze!

No, tyle optymizmu – na koniec mych wspomnień o życiu!!!                                         Być może synowie coś dopiszą – nie sugeruję! powoduje, że mam wyrzuty sumienia w stosunku do Rysia.

Pomimo to: kocham ich obu i ich rodzinki.

Każdy dzień, każdą chwilę, urlopy, w różnych zakątkach kraju – spędzam w towarzystwie Irenki – bo tak ma na imię moja przyjaciółka i też jest babcią i prababcią – co jest powodem, między innymi do rozprawiania o tych maluchach.

Bardzo rzadko staram się wspominać tamte zarządzania losu.                                                                  A nawet na spotkaniach towarzyskich mówię: „mnie tam na życiu nie zależy” – robiąc krótką pauzę w wypowiedzi. A kiedy ktoś z audytorium stara się wyprowadzić mnie z depresyjnego nastroju, dodaję: mogę żyć 150 lat – nie wnikając w szczegóły, rok w tę, czy w drugą stronę, co zawsze powoduje uśmiech wśród najbliższych i przyjaciół. A to jest najważniejsze!

No, tyle optymizmu – na koniec mych wspomnień o życiu!!!                                         Być może synowie coś dopiszą – nie sugeruję!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Responses are currently closed, but you can trackback from your own site.